COVID. Bądźmy szczerzy wobec siebie.

2021-02-24 18:16:55(ost. akt: 2021-04-11 19:02:27)
dr Bogusława Mordasewicz-Dopierała w pracy w oddziale "covid-owym".

dr Bogusława Mordasewicz-Dopierała w pracy w oddziale "covid-owym".

Autor zdjęcia: Dariusz Dopierała

Jest z nami prawie rok. Narosło wokół niego wiele mitów, staje się coraz mniej realnym. COVID jest i maa ludzką twarz. Zalecenia i komunikaty są suche, bezosobowe. Jednak za każdym "przypadkiem" stoi konkretny człowiek.
Jeszcze niedawno wydawało się, że pandemia odpuszcza i powoli wracamy do normalności. Dlatego wielu z nas zaskoczył wzrost zachorowań. Jednak nawet tak alarmujące informacje nie u każdego powodują refleksję. Coraz częściej widzimy osoby, które nie przestrzegają zaleceń i nie stosują się do zasad reżimu sanitarnego. Koronawirus staje się czymś abstrakcyjnym. Do czasu, kiedy zachoruje ktoś z naszych bliskich, albo my sami.
O ludzkiej stronie pandemii rozmawiam z lekarzem, Bogusławą Mordasewicz-Dopierała, internistą, pulmonologiem i alergologiem, która w bartoszyckim szpitalu jest jedną z dwóch lekarek koordynujących oddział zwany „covid-owym”.

— Jako oddział covidowy pracujemy już 4 miesiąc, mając właściwie nieustannie pełne obłożenie- 30 łóżek. Chcę zaznaczyć, że oddział powstał jako dodatkowy oddział w szpitalu, dodatkowe zadanie, z kadrą personelu, która w normalnych warunkach pracuje na różnych oddziałach. Jest to dla wszystkich dodatkowe obciążenie, zwłaszcza, że wokół w ościennych szpitalach niektóre oddziały są zamykane, przekształcane, lub po prostu nie pracują. Ogromną zasługą naszego dyrektora jest taka strategia, by w możliwie jak w największym stopniu na takie warunki, jakie mamy zabezpieczyć ochronę zdrowia w naszym powiecie.

— Cztery miesiące to długo... Media donoszą, że idzie trzecia fala. Jednocześnie planowane jest częściowe zniesienie obostrzeń.
— Obecnie jest to chyba najtrudniejszy okres pracy, bo oddział jest nadal w pełni zajęty, nie widać poluzowania, a dochodzi zmęczenie, obciążenie psychiczne i fizyczne. Od początku zresztą my jako personel przyjęliśmy zasadę – skoro przebieg tej infekcji jest różny, często nieprzewidywalny, leczenie opiera się głównie na leczeniu objawów i leczeniu chorób współistniejących, a do tego dochodzi izolacja, konieczność ochrony, zabezpieczeń – to w takiej sytuacji najlepszym lekarstwem jest okazywanie sobie wzajemnej życzliwości i wzajemnego zrozumienia. Po to też żeby z tych trudnych doświadczeń nie pozostały tylko złe wspomnienia i trauma, ale też dobro, które da nam siłę na przetrwanie i dalsze życie.

— Każdy z nas zna wiele osób, dla których koronawirus to fikcja. Do czasu, kiedy sami się z nim zetkną. Co wtedy?
— Najczęściej pacjenci którzy pojawiają się na oddziale są świadomi, że dzieje się coś złego. Widzą ludzi w kombinezonach. Początkowo są przestraszeni, mówimy im wtedy, że pod tymi kombinezonami jesteśmy normalnymi ludźmi.

— Jak reagują na to, co się dzieje wokół nich?
— Kiedy człowiek jest osłabiony, to myśli inaczej. Niektórzy mają w sobie wiele lęku. Często jest też tak, że pacjenci rzeczywiście w stresie reagują agresją i zamknięciem się. Niektórzy nie chcą rozmawiać na obchodach, a czasem słychać to po tonie głosu. Są po prostu zaniepokojeni swoim stanem i nie potrafią tego określić. Dopiero kiedy ich stan się poprawia widać, że im "odpuszcza". Zaczynają być rozmowni i otwarci. Zdarzają się też pacjenci roszczeniowi, którzy mają pretensje, że nic ich nie bada, nikt się nimi nie zajmuje, co oczywiście nie jest prawdą.

— Rzeczywiście, to jest dla nich silny stres. A jak reagują rodziny?
— Kiedy dzwoni do nas (personelu) ktoś z rodziny, chce uzyskać informacje, pyta czy pacjent je, czego mu potrzeba, jak dostarczyć rzeczy na oddział. Proszą o przekazanie pozdrowień, by pacjenci w oddziale wiedzieli, że ktoś z zewnątrz się nimi po ludzku interesuje. Zwykle mamy komplet pacjentów, czyli trzydzieści osób leżących na oddziale. W takiej ilości osób trudno pamiętać i odpowiedzieć, czy pacjent zjadł, czy nie. Często też po prostu brakuje czasu na rozmowę.

— Każdy z nas, szczególnie w szpitalu potrzebuje uwagi i rozmowy.
— Część pacjentów ma swoje telefony. Mamy też oddziałowy telefon, z którego pacjenci mogą korzystać. Pacjenci mogą też skorzystać z wizyty księdza, jednak inicjatywa jest po stronie rodziny. Pielęgniarek też jest mało, nie odbierają telefonu, chociaż często wiedzą więcej od nas o pacjencie. Zresztą gdyby odbierały telefony, nie miałyby czasu na swoją pracę.

Lekarz i dwie pielęgniarki podczas pracy w oddziale

— Również pacjenci często są dla siebie wsparciem.
— Pamiętam jednego z pacjentów, który wyzdrowiał i opuścił szpital. Leżał z drugim, młodym mężczyzną, któremu pokazywał dobre strony życia i był dla niego wsparciem. Wspominał, że jako dziecko wyszedł z ojcem na spacer i zobaczył drugie dziecko, gorzej ubrane i brudne. Usłyszał od ojca, że nie ma złych, brzydkich ludzi. Każdy, nawet ten mały jest piękny. Ta myśl została mu w głowie na całe życie, to go naznaczyło. I zawsze tego piękna i dobra szukał w każdym człowieku.

— Nic jednak nie zastąpi domu i rodziny…
— To prawda. Na Wigilię dr Katarzyna Guzanek zaangażowała swoich znajomych nauczycieli. Na salach chorych pojawiły się stroiki, choinka, lampki i girlandy. Dzięki temu pacjenci mieli bardziej domową atmosferę. Od początku spotykaliśmy się też z życzliwością pacjentów, rodzin i personelu szpitala. Na początku była przede wszystkim wdzięczność. Z czasem zaczęło pojawiać się zmęczenie, rozgoryczenie, żale.

— Czasem jednak nie wszystko idzie dobrze…
— Wtedy włączamy wentylację. Jest różnica pomiędzy wentylacją nieinwazyjną, a wentylacją z użyciem respiratora. Przy wentylacji nieinwazyjnej pacjent jest przytomny, w pełni współpracuje. Nakłada się maskę do oddychania. Kiedy pacjent nie daje już rady i jest coraz słabszy, trzeba go intubować, usypiać. Konieczność intubacji pojawia się w sytuacji wyczerpania sił, rezerw tej podstawowej funkcji organizmu jaką jest oddychanie. Kiedy pacjent nie daje już rady, jest coraz słabszy i nie jest w stanie znieść maski nieinwazyjnej wentylacji. Najczęściej są to pacjenci z bardzo ciężkim masywny zapaleniem płuc covidowym lub ze współistnieniem innych chorób. Intubacja jest po to by podtrzymać tę niezbędną funkcję życiową i dać szansę – czas na ustabilizowanie choroby podstawowej. To jest szansa, ale że dotyczy najciężej chorych – wychodzi z nich niewielu.

— A kiedy się po prostu nie udaje?
— Trzeba jednak żyć nadzieją. Nawet, jeśli rozsądek podpowiada, jak to się skończy, trzeba mieć nadzieję. A kiedy pacjent umiera, nie ma przy nim nikogo z najbliższych. Są to bardzo trudne chwile dla obu stron – pacjenta i jego rodziny. Rodziny czasem pytają jakie były ostatnie słowa bliskiej osoby, jak się zachowywał, co mówił. Oddając akt zgonu rodzinie zdaję sobie sprawę, że jestem żywym pomostem pomiędzy nimi a zmarłym.

— Na pewno pamięta się takie chwile…
— Pamiętam oczy jednego z pacjentów, który był w ciężkim stanie. Intensywnie niebieskie, żywe. Było w nich życie. Pacjent zmarł. Ten widok zostanie ze mną...
Ostatnio miałam też sytuację, że rodzina pacjenta specjalnie przyjechała, aby zobaczyć lekarza – człowieka. Bardzo szanowali swojego ojca, mówili, że to jest taki człowiek, który im bardzo dużo dał, wpoił zasady życiowe, wypracował w nich postawę życiową. Nauczył ich zaufania do ludzi. I chcieli się jak najwięcej o nim dowiedzieć. Mieli w pamięci obraz człowieka żywego, a izolacja sprawiła, że nie potrafili się oswoić z tą sytuacją. Czasem pojawia się też w rodzinie poczucie winy. Pamiętam, jak zmarła jedna pacjentka, bo przez jedną osobę zachorowała cała rodzina.

— Jak pacjent może pomóc sobie i lekarzowi?


— Wróćmy do początku naszej rozmowy. Osobiste zderzenie z koronawirusem często coś zmienia. Jednak ostatnio widać rozluźnienie. Szczepienia coś zmieniają?
— Nawet jeśli jesteśmy zaszczepieni, nadal musimy przestrzegać wszystkich zaleceń. Możemy dalej zarażać, przenieść koronawirusa choćby na rękach. Kaszląc i kichając przenosimy go dalej. Osoby zaszczepione przejdą to łagodniej. Dużo zależy od tego, jaką "dawkę" koronawirusa zainhaluję i jak z nią poradzi sobie mój układ odpornościowy.

— Wygląda więc na to, że zagrożenia nie pozbędziemy się tak łatwo...
— Dlatego warto przestrzegać zaleceń.

— Dziękuje za rozmowę.

Dariusz Dopierała
d.dopierala@gazetaolsztynska.pl

#covreo - covid: rozum, empatia, odpowiedzialność

2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5