Sobota, 29 lutego 2020. Imieniny Lecha, Lutomira

Mija 75 lat od wkroczenia Armii Czerwonej do Prus Wschodnich

2020-01-24 16:43:53 (ost. akt: 2020-01-24 22:32:21)
Resztki umocnień "Trójkąta lidzbarskiego".

Resztki umocnień "Trójkąta lidzbarskiego".

Autor zdjęcia: Józef Hładasz

HISTORIA|| Dokładnie 75 lat temu w naszych okolicach panowało niesłychane zamieszanie. Sowieci rozpoczęli natarcie na Prusy Wschodnie od wschodu, południa i od zachodu, od strony Wisły.

Mieszkańcy Prus Wschodnich spodziewali się wcześniej takich działań sowieckich, ale początkowo zabroniono im ewakuacji na zachód i byli zwodzeni obietnicami użycia przez Hitlera Wunderwaffe, która miała unicestwić Rosjan i uwolnić Prusy i Niemcy od zagrożenia raz na zawsze.

Rzeczywistość okazała się jednak trochę inna. Po 20. stycznia huk armat od wschodu słychać było coraz bliżej i rozpoczęła się już nie planowa ewakuacja, ale paniczna ucieczka na zachód i w kierunku Królewca uważanego za twierdzę nie do zdobycia.

Jednak już 26 stycznia 1945 roku wojska sowieckie dotarły na zachodzie do Zalewu Wiślanego pod Tolkmickiem, Prusy Wschodnie zostały otoczone ze wszystkich stron, a wszelkie drogi lądowe na zachód zostały przerwane. Ucieczka do zbawczego Królewca też okazała się ułudą, ponieważ miasto zostało szczelnie otoczone przez Rosjan 29 stycznia. Zatem dokąd uciekać przed Sowietami, o których okrucieństwie krążyły mrożące krew w żyłach opowieści?

Istniała tylko jedna możliwość. Należało w jakiś sposób dotrzeć do Zalewu Wiślanego, stamtąd przedostać się na Mierzeję Wiślaną i korzystając z transportu wodnego uciekać na zachód większymi statkami zgromadzonymi w portach w Gdańsku, Gdyni i na Helu.

Wybrzeże wzdłuż zalewu i mierzeja były jeszcze silnie bronione przez Niemców i to była ta ostatnia szansa.

Oczywiście pociągi już nie kursowały i trzeba było się tam dostać pieszo czy jakimś wozem konnym, a bagaże, żywność czy małe dzieci nieść na rękach lub ciągnąć na wózkach. Drogi były zawiane, a temperatura spadała poniżej 20 stopni.

Trakty były niesłychanie zatłoczone uciekinierami i różnymi oddziałami wojskowymi. Często trzeba było wędrować poboczami dróg i polami. Te kolumny były często ostrzeliwane i bombardowane przez lotnictwo sowieckie, a niemieckie samoloty nie mogły przeciwdziałać z powodu braku paliwa.

I właśnie w ostatnich dniach stycznia i pierwszych dniach lutego 1945 roku Bartoszyce stały się takim centrum ucieczkowym dla uchodźców z różnych okolic Prus. Już tylko przez Bartoszyce i dalej przez Górowo Iławeckie, Pieniężno i Braniewo można się było dostać na brzeg Zalewu Wiślanego i na Mierzeję Wiślaną.

Podczas tej wędrówki ludzie ginęli setkami i tysiącami. Ziemia była zamarznięta i nie było czasu na jakieś pogrzeby. Zmarłych lub zabitych grzebano płytko lub przysypywano po prostu śniegiem w pobliskich rowach lub na polach. Zatem nie wiadomo dokładnie ile ludzi zginęło, zamarzło czy potem utonęło.

Dotarcie na brzeg Zalewu Wiślanego nie oznaczało jeszcze ratunku. Trzeba było jeszcze przejść przez zamarznięty zalew na mierzeję.


Tymczasem w okolicach Fromborka i Tolkmicka tłoczyło się na plażach kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy ludzi z wozami, końmi, wózkami, taczkami i różnym bagażem.

Zalew Wiślany liczy sobie przeciętnie ok. 10 km. szerokości i tę trasę trzeba było pokonywać w nocy, albo podczas pochmurnej pogody, kiedy lotnictwo sowieckie nie mogło działać i ostrzeliwać lub bombardować uchodźców i gruchotać lód, po którym się przemieszczali.

Ta droga przez mękę zajmowała nie mniej niż 10 godzin. Przy tym zaprzęgi konne wpadały pod lód, tonęli ludzie, a z wychłodzenia umierały małe dzieci, ludzie starzy czy chorzy. A takich była większość, ponieważ wszyscy mężczyźni w wieku od 15-16 lat do 65-latków zostali zmobilizowani do obrony Prus.


Często uciekinierów doganiały i zaskakiwały rajdy sowieckich czołgów, które rozjeżdżały wszystko po drodze, a pijani czołgiści strzelali do wszystkiego co się ruszało.

Szczęśliwcy, którym udało się przedostać do portów Trójmiasta i na Hel byli załadowywani na większe jednostki morskie i transportowani na zachód do bronionego jeszcze Świnoujścia, na Rugię albo do innych portów wolnych jeszcze od Rosjan i aliantów zachodnich.

Wielu też trafiało na Bornholm i do innych portów duńskich. Ale i to nie gwarantowało jeszcze bezpieczeństwa. Pokonanie Bałtyku z Zatoki Gdańskiej do jego zachodniej części też niosło ryzyko, ponieważ grasowały tu sowieckie łodzie podwodne. Zatapiały wszystko co płynęło na zachód, ale w szczególności największe statki czy okręty.

I tak w wyniku storpedowania na wysokości Słupska został zatopiony „Steuben”, na którym zginęło ponad 3600 uciekinierów. Ta sama łódź podwodna zatopiła „Wilhelma Gustloffa”z ponad 9000 (!) uciekinierów, A wraz ze statkiem „Goya” poszło na dno ponad 6,5 tysiąca ludzi. To były największe katastrofy morskie w historii światowej żeglugi. Przypomnieć warto, że wraz ze słynnym „Titanicem” utonęło „zaledwie” 1500 pasażerów.


W tej ucieczce na zachód brali udział również dawni mieszkańcy naszych okolic i wspomnienia tych, którzy przeżyli właśnie się ukazują w prasie niemieckiej z okazji 75 rocznicy tego wydarzenia.

Jeszcze trochę żyje tych ponad 80 letnich uchodźców i to ostatni żyjący świadkowie tamtych wydarzeń.

Szacuje się, że w trakcie tej ucieczki zginęło ok. 450 000 ludzi i im poświęcono pamiątkowy głaz we Fromborku w miejscu, z którego rozpoczynała się dramatyczna wędrówka prze Zalew Wiślany.


A co z samymi Bartoszycami w 1945 r? Otóż okolice Sępopola, Bartoszyc, Lidzbarka Warmińskiego, Ornety (i nie tylko) miały być bronione przez umocnienia „Trójkąta lidzbarskiego”.

Było to ponad 1000 różnej wielkości bunkrów zbudowanych z betonu gęsto zbrojonego stalowymi kształtownikami i prętami, a grubość ścian w bunkrach wynosiła od 60 cm do metra. Były tam stanowiska dla strzelców i obserwatorów, stropy zabezpieczone odpowiednią blachą falistą i systemy wentylacyjne, pancerne drzwi, a dla lepszego zabezpieczenia przed ostrzałem, prawie wszystkie były jeszcze dodatkowo głęboko wkopane w grunt.

Na części z nich zamontowane były stalowe kopuły, z których można było prowadzić ogień lub obserwację.

Dodatkowo, kilkaset metrów przed linią bunkrów, zainstalowano zapory przeciwczołgowe. Było to pięć rzędów grubych drewnianych słupów ( o średnicy wiadra) wbitych w odległości ok. metra jeden od drugiego, starannie zaimpregnowanych i dodatkowo pokrytych z wierzchu blachą.

Taka zapora mogła skutecznie zatrzymać czołg lub samobieżne działo.

Dodatkowo, wzdłuż zapory przeciwczołgowej, poprowadzona była linia z zasieków przeciwpiechotnych zbudowanych z gęstego drutu kolczastego rozciągniętego na odpowiednich stalowych słupkach.

Bunkry były połączone ze sobą podziemną siecią telefoniczną i łącznice tej telefonii można jeszcze w niektórych miejscach obejrzeć.

Ale to wszystko na Rosjan nie wystarczyło. Ruszyli oni na Prusy Wschodnie ogromnymi siłami i zaangażowali do tego trzecią część całego swojego lotnictwa, kilkadziesiąt tysięcy czołgów i ponad półtora miliona żołnierzy.

Nie zajmowali się zdobywaniem jakichś pojedynczych bunkrów czy umocnień. Po prostu Prusy opanowali „hurtowo” ze wszystkich stron.

Powstaje pytanie. Dlaczego prawie wszystkie bunkry są zburzone ? Czyżby walki były takie zaciekłe? Otóż nie. Większość tych umocnień została porzucona bez walki przez wycofujące się oddziały niemieckie, a wysadzone zostały dopiero przez Rosjan po całkowitym opanowaniu tych terenów.

To co dało się zdemontować zabrali Rosjanie lub późniejsi przybysze, a zadziwiająco trwałe betonowe elementy istnieją do dziś.

Słupy przeciwczołgowe służą do dziś.
Fot. Józef Hładasz
Słupy przeciwczołgowe służą do dziś.


Pamiątki po tych umocnieniach można jeszcze oglądać w naszych okolicach w postaci piwnic-ziemianek przykrytych blachą ze stropów bunkrów, wykopanych słupów przeciwczołgowych użytych do ogrodzeń albo ogrodzeń pól z zasieków przeciwpiechotnych.

Zainstalowane na niektórych bunkrach kopuły pancerne zostały na początku lat sześćdziesiątych w większości pocięte na złom. Tylko niektóre bunkry, do których nie było dostępu, przetrwały do czasów obecnych i stąd znamy ich pierwotny wygląd.

Ostatecznie Bartoszyce zostały zajęte przez Rosjan 4 lutego 1945 roku i każdy kto przed tą datą nie zdążył się ewakuować – już tutaj pozostał. Dla nich zaczęła się nowa historia.

Oprac. Józef Hładasz


Czytaj e-wydanie
Gazeta Olsztyńska zawsze pod ręką w Twoim smartfonie, tablecie i komputerze. Roczna prenumerata e-wydania Gazety Olsztyńskiej razem z Gońcem Bartoszyckim kosztuje tylko 199 zł.

Kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl

Polub nas na Facebooku:

Źródło: Artykuł internauty

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. młodzieniec #2872807 | 213.73.*.* 20 lut 2020 22:30

    Za to gen, Czernichowskiemu rozebrano pomnik z bohaterska walkę żołnierzy radzieckich. Kto zawiesił flagę w Berlinie. Kto otworzył bramy obozy w Oświęcimiu i wypuścił ok. 7 tyś jeńców.

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. RPG-7 #2871278 | 37.47.*.* 18 lut 2020 22:42

    Teraz dywizje pancerne po nowej S 16 w mig.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. historyk #2862131 | 109.243.*.* 4 lut 2020 20:09

    W 1945 r. to nie były nasze ziemie. Poza tym Rosjanie odpłacili się pięknym za nadobne za zbrodnie hitlerowskie na terenie Rosji, Ukrainy i Białorusi. Nie pochwalam, ale rozumiem.

    Ocena komentarza: warty uwagi (7) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages